Zelazny Roger - Znak Jednoro�ca - Rozdzia� 08

      Ka�da �ywa istota musi czasem uroni� troch� krwi. Niestety, znowu nadesz�a moja kolej i mia�em wra�enie, �e jest to wi�cej ni� troch�. Le�a�em zgi�ty wp�, na prawym boku, trzymaj�c si� r�kami za brzuch. By� mokry, a od czasu do czasu co� ciek�o mi po sk�rze.
      Z przodu, po lewej, tu� nad tali�, czu�em si� jak rozerwana pospiesznie koperta. Takie by�y moje pierwsze wra�enia, kiedy pojawi�a si� �wiadomo��. A moja pierwsza my�l: "Na co on jeszcze czeka?". Coup Je grace zosta� najwyra�niej wstrzymany. Dlaczego?
      Otworzy�em oczy, kt�re wykorzysta�y miniony czas, by przystosowa� si� do ciemno�ci. Przekr�ci�em g�ow�; w pokoju nie by�o nikogo. Zdarzy�o si� jednak co� niezwyk�ego i nie bardzo potrafi�em to okre�li�. Zamkn��em oczy i pozwoli�em, by g�owa opad�a z powrotem na materac.
      Co� si� nie zgadza�o i zgadza�o jednocze�nie... Materac... Tak, le�a�em we w�asnym ��ku. Nie zdo�a�bym tu dotrze� bez pomocy. A z drugiej strony by�oby absurdem najpierw k�u� mnie no�em, a potem odprowadza� do ��ka.
      Moje ��ko... tak, moje, ale jakby obce. Zacisn��em mocno powieki. Przygryz�em warg�. Nie rozumia�em. Wiedzia�em, �e proces my�lenia nie mo�e przebiega� normalnie, skoro odczuwa�em skutki szoku, a krew zbiera�a si� w moich wn�trzno�ciach, by wycieka� na zewn�trz. Spr�bowa�em si� skoncentrowa�. Nie by�o to �atwe.
      Moje ��ko. Zanim jeszcze zdasz sobie spraw� z czegokolwiek, wiesz, czy jeste� we w�asnym ��ku. Ja by�em, ale... St�umi�em ch��, by kichn��, bo czu�em, �e rozerwa�oby mnie to na strz�py. Zatka�em nos i oddycha�em szybko przez usta. Wok� mnie by� zapach, smak i mi�kko�� kurzu.
      Atak kichania min�� i otworzy�em oczy. Zrozumia�em, gdzie si� znajduj�. Nie wiedzia�em, jak i dlaczego, ale ponownie trafi�em w miejsce, kt�rego nie spodziewa�em si� ju� zobaczy�.
      Opu�ci�em praw� r�k� i z jej pomoc� zdo�a�em si� podnie��.
      By�em w sypialni swojego domu. Tego starego. Tego, kt�ry by� moim domem, kiedy nazywa�em si� Carl Corey. Powr�ci�em do Cienia, do �wiata, gdzie sp�dzi�em d�ugie wygnanie. Pok�j zalega�y pok�ady kurzu. Nikt nie pos�a� ��ka, odk�d spa�em w nim po raz ostatni, ponad pi�� lat temu. Wiedzia�em, w jakim stanie znajd� ca�y dom. Odwiedzi�em go przecie� przed paru tygodniami.
      Przesun��em si� dalej i zdo�a�em spu�ci� nogi na pod�og�. Znowu zgi��em si� wp� i znieruchomia�em. Nie by�o dobrze. Czu�em si� chwilowo bezpieczny od dalszych atak�w, wiedzia�em jednak, �e potrzebuj� czego� wi�cej, ni� tylko bezpiecze�stwa.
      Potrzebowa�em pomocy, gdy� sam sobie pom�c raczej nie mog�em. Nie by�em nawet pewien, jak d�ugo uda mi si� zachowa� przytomno��. Musia�em wi�c zej�� na d� i wydosta� si� st�d. Telefon z pewno�ci� nie dzia�a, a najbli�szy dom stoi do�� daleko. Trzeba b�dzie dotrze� przynajmniej do szosy. Pomy�la�em ponuro, �e jednym z powod�w zamieszkania tutaj by�a ma�o ucz�szczana droga. Lubi� samotno��, przynajmniej czasami.
      Praw� r�k� przyci�gn��em do siebie poduszk� i zdj��em poszewk�. Przewr�ci�em j� na lew� stron�, pr�bowa�em z�o�y�, zrezygnowa�em, zwin��em w k��bek, wsun��em pod koszul� i przycisn��em do rany. Wysi�ek by� ogromny. Ka�dy g��bszy oddech sprawia� b�l.
      Po d�u�szej chwili zdo�a�em si�gn�� po drug� poduszk�. Po�o�y�em j� na kolanach i pozwoli�em, by wy�lizn�a si� z poszewki. Potrzebowa�em czego� bia�ego, �eby macha� na przeje�d�aj�cych kierowc�w, poniewa� ubranie, jak zwykle, mia�em ciemne. Nim jednak wsun��em za pasek kwadrat jasnego p��tna, zatrzyma�em si� zdumiony zachowaniem samej poduszki. Nie dotar�a jeszcze do pod�ogi. Pu�ci�em j�, nic jej nie podtrzymywa�o, i rzeczywi�cie porusza�a si�. Ale porusza�a si� bardzo wolno, opadaj�c z sennym dostoje�stwem.
      Wspomnia�em klucz, upuszczony przed drzwiami. Wspomnia�em nie�wiadomie szybki krok, gdy z Randomem wchodzi�em po schodach. Wspomnia�em s�owa Fiony i Klejnot Wszechmocy, wci�� wisz�cy mi na szyi, pulsuj�cy blaskiem w rytm fal b�lu promieniuj�cego z rany. By� mo�e ocali� mi �ycie, przynajmniej na chwil�; tak, nawet na pewno, je�li Fiona si� nie myli�a.
      Prawdopodobnie dzi�ki niemu zyska�em dodatkowy u�amek sekundy i zd��y�em si� odwr�ci�, zd��y�em poderwa� rami�, nim napastnik uderzy�. Mo�e nawet sprawi�, �e przenios�em si� do Cienia. Zastanowi� si� nad tym p�niej, o ile zdo�am utrzyma� trwa�e stosunki z przysz�o�ci�. Na razie Klejnot musia� znikn�� - na wypadek, gdyby obawy Fiony co do niego tak�e mia�y si� sprawdzi� - a ja musia�em rusza�.
      Zwin��em drug� poszewk� i spr�bowa�em wsta�, przytrzymuj�c si� oparcia ��ka. Nic z tego! Zawroty g�owy i za silny b�l. Zsun��em si� na pod�og� w strachu, �e po drodze strac� przytomno��. Uda�o si�. Odpocz��em. Potem poczo�ga�em si� wolno przed siebie. Drzwi frontowe, o ile pami�ta�em, by�y zabite gwo�dziami. A wi�c do kuchennych.
      Dotar�em do drzwi sypialni i zatrzyma�em si� oparty o framug�. Zdj��em z szyi Klejnot Wszechmocy i owin��em �a�cuch wok� nadgarstka. Musia�em go gdzie� ukry�, a sejf w moim gabinecie by� nie po drodze. Poza tym zostawia�em za sob� �lad krwi i ka�dy, kto okaza�by si� ciekawy i pod��y� za nim, m�g�by pokona� t� drobn� przeszkod�. A mnie brakowa�o czasu i si�...
      Dotar�em wreszcie tam, gdzie zamierza�em. Musia�em teraz wsta� i postara� si� otworzy� kuchenne drzwi. Pope�ni�em b��d: nie odpocz��em przed t� pr�b�.
      Kiedy odzyska�em przytomno��, le�a�em na progu. Noc by�a ch�odna, a chmury zas�ania�y wi�ksz� cz�� nieba. Wiatr dmucha� nad patio. Czu�em kilka kropel wilgoci na wyci�gni�tej d�oni.
      Podci�gn��em si� i wyczo�ga�em na zewn�trz, �nieg zalega� pi�ciocentymetrow� warstw�. Lodowate powietrze troch� mnie ocuci�o. Z uczuciem bliskim paniki poj��em, jak by�em oszo�omiony podczas drogi z sypialni. Mog�em zemdle� w ka�dej chwili.
      Natychmiast ruszy�em do rogu budynku, zbaczaj�c tylko odrobin�, do pryzmy kompostu. Wykopa�em w niej dziur�, rzuci�em Klejnot i przykry�em k�pk� wyj�tej wcze�niej suchej trawy. Narzuci�em �niegu i pope�z�em dalej.
      Kiedy znalaz�em si� za w�g�em, budynek chroni� mnie od wiatru i trasa prowadzi�a troch� w d�. Dotar�em do frontowego wej�cia i zatrzyma�em si�, by odpocz��. W�a�nie przejecha� jaki� samoch�d. Przygl�da�em si� jego nikn�cym �wiat�om. By� jedynym pojazdem w polu widzenia.
      Kryszta�ki lodu zak�u�y mnie w twarz, gdy ruszy�em dalej. Kolana mia�em mokre i przemarzni�te do ko�ci. Podjazd opada� w d�, z pocz�tku �agodnie, potem ostro, a� do drogi. Jakie� sto metr�w na prawo zaczyna� si� ostry zjazd i kierowcy zwykle wciskali tam hamulce.
      Uzna�em, �e da mi to dodatkow� sekund� w �wietle reflektor�w, gdyby kto� nadjecha� z tamtej strony. By�o to jedno z tych drobnych zabezpiecze�, jakich szuka umys�, kiedy sprawy staj� si� powa�ne - taka aspiryna dla m�zgu. Z trzema przystankami dotar�em na pobocze, do wielkiego kamienia, na kt�rym widnia� numer mojego domu. Usiad�em na nim, wsparty o zlodowacia�� zasp�.
      Wyci�gn��em drug� poszewk� i po�o�y�em na kolanach. Czeka�em. Wiedzia�em, �e nie potrafi� si� skoncentrowa�.
      Przypuszczam, �e kilkakrotnie traci�em i odzyskiwa�em przytomno��. Za ka�dym razem, kiedy si� na tym przy�apa�em, usi�owa�em zaprowadzi� jaki� porz�dek we w�asnych my�lach, ustali�, co zasz�o w �wietle wszystkiego innego, co si� wydarzy�o, poszuka� zabezpiecze�. Lecz niedawny wysi�ek okaza� si� zbyt wielki.
      Po prostu nie potrafi�em si� skupi� powy�ej poziomu reakcji na aktualne bod�ce. Skojarzy�em jednak, cho� do�� mgli�cie, �e wci�� mam przy sobie komplet Atut�w. Mog�em po��czy� si� z kim� w Amberze i poprosi�, �eby przerzuci� mnie z powrotem.
      Ale z kim? Nie by�em na tyle oszo�omiony, by nie zdawa� sobie sprawy, �e mog� si� skontaktowa� z osob� odpowiedzialn� za m�j aktualny stan. Czy lepiej nara�a� si� na to, czy jednak podj�� ryzyko tutaj? Mimo wszystko, Random albo Gerard...
      Wyda�o mi si�, �e s�ysz� samoch�d. Daleko, niewyra�nie... Wiatr i uderzenia serca utrudnia�y percepcj�. Odwr�ci�em g�ow�. Skupi�em si�.
      Jest... I znowu. Tak, to silnik, Przygotowa�em si� do machania poszewk�.
      Nawet wtedy moje my�li umyka�y na boki. Przysz�o mi na przyk�ad do g�owy, �e nie by�bym ju� w stanie skoncentrowa� si� na tyle, by operowa� Atutami.
      D�wi�k narasta�. Podnios�em poszewk�. Chwil� p�niej �wiat�a dotkn�y najdalszego widocznego po prawej stronie punktu szosy. Zaraz potem dostrzeg�em samoch�d. Straci�em go z oczu, gdy zjecha� w d�, lecz zaraz pojawi� si� znowu. P�atki �niegu wirowa�y w blasku reflektor�w.
      Zacz��em macha�, gdy zbli�y� si� do zjazdu. Znalaz�em si� w sto�ku �wiat�a i kierowca musia� mnie zauwa�y�.
      Mimo to przejecha� obok - m�czyzna w najnowszym sedanie, z kobiet� na miejscu pasa�era. Kobieta obejrza�a si�, ale m�czyzna nawet nie zwolni�.
      Par� minut p�niej zbli�y� si� drugi w�z, troch� starszy, prowadzony przez kobiet�. Nie zauwa�y�em pasa�er�w. Zwolni�a wprawdzie, ale tylko na moment. Musia�em si� jej nie spodoba�. Przycisn�a gaz i znikn�a w jednej chwili.
      Osun��em si� nieco. Musia�em odpocz��. Ksi��� Amberu nie powinien raczej powo�ywa� si� na braterstwo ludzkich istot, by dokona� krytyki moralnej. W ka�dym razie nie na powa�nie, a za bardzo mnie bola�o, �ebym si� �mia�.
      Bez si�, mo�liwo�ci koncentracji i pewnej zdolno�ci poruszania si�, moja w�adza nad Cieniem by�a fikcj�.
      Wykorzysta�bym j�, pomy�la�em, przede wszystkim do przeniesienia si� w jakie� ciep�e miejsce... Ciekawe, czy potrafi�bym wr�ci� do pryzmy kompostu. Nie pomy�la�em, by u�y� Klejnotu i zmieni� pogod�. Pewnie na to tak�e by�em za s�aby. Wysi�ek m�g�by mnie zabi�.
      Mimo to...
      Potrz�sn��em g�ow�. Traci�em �wiadomo��, przebywa�em niemal we �nie. Musia�em zachowa� przytomno��. Czy to nast�pny samoch�d? Mo�e. Spr�bowa�em unie�� poszewk� i upu�ci�em j�. Kiedy si� po ni� schyli�em, po prostu musia�em na moment oprze� g�ow� na kolanach.
      Deirdre... Wezwa�bym moj� kochan� siostrzyczk�. Je�li ktokolwiek zechcia�by mi pom�c, to na pewno Deirdre. Zaraz znajd� jej Atut i zawo�am j�. Za minutk�. Gdyby tylko nie by�a moj� siostr�... Musz� odpocz��. Jestem �ajdakiem, ale nie durniem. Mo�e czasem, kiedy odpoczn�, jest mi nawet przykro z powodu pewnych rzeczy. Ale nie wszystkich. Gdyby tylko by�o troch� cieplej... Chocia�, nie jest tak �le, siedzie� sobie schylony... Czy to samoch�d? Chcia�em podnie�� g�ow�, ale si� nie uda�o.
      Chyba nie stan� si� przez to gorzej widoczny...
      Poczu�em �wiat�o na powiekach i us�ysza�em silnik.
      Nie zbli�a� si� ani nie oddala�. Po prostu warcza� r�wno. Potem dos�ysza�em krzyk. I klik - przerwa - trzask otwieranych i zamykanych drzwi. M�g�bym otworzy� oczy, ale nie mia�em ochoty. Ba�em si�, �e zobacz� tylko czarn�, pust� drog�, �e d�wi�ki zmieni� si� znowu w uderzenia serca i �wist wiatru. Lepiej trzyma� si� tego, co ju� mam, ni� ryzykowa�.
      - Hej! Co tu robisz? Jeste� ranny?
      Kroki... Wi�c to prawda.
      Otworzy�em oczy. Wyprostowa�em si� z wysi�kiem.
      - Corey! Bo�e, to ty!
      Wykrzywi�em twarz w u�miechu i wyhamowa�em kiwni�cie g�ow�, �eby nie upa��.
      - To ja, Bill. Co u ciebie s�ycha�? - Co si� sta�o?
      - Jestem ranny - wyja�ni�em. - Mo�e ci�ko.
      Potrzebuj� lekarza.
      - Dasz rad� przej��, je�li ci pomog�? Czy mam ci� przenie��?
      - Spr�buj� przej�� - odpar�em.
      Postawi� mnie na nogi. Opar�em si� na nim i ruszyli�my do samochodu. Pami�tam jedynie pierwsze kilka krok�w.
      Kiedy ten ko�ysz�cy si� delikatnie s�odki rydwan skwa�nia� i zako�ysa� si� ostro, usi�owa�em podnie�� r�k�, stwierdzi�em, �e jest przywi�zana, przemy�la�em kwesti� umocowanej do niej rurki i stwierdzi�em, �e chyba wy�yj�. Wci�gn��em w nozdrza zapach szpitala i skontrolowa�em wewn�trzny zegar. Skoro wy�y�em do tej pory, rezygnacja w�a�nie teraz by�aby czym� nieeleganckim. Poza tym by�o mi ciep�o i tak wygodnie, jak na to pozwala�a zajmowana pozycja. Ustaliwszy to, zamkn��em oczy i zasn��em znowu.
      Kiedy zn�w odzyska�em przytomno��, czu�em si� ju� du�o lepiej. Zosta�em dostrze�ony przez piel�gniark�; poinformowa�a mnie, �e min�o siedem godzin od mojego przyjazdu i �e lekarz wkr�tce przyjdzie ze mn� porozmawia�. Przynios�a mi te� szklank� wody i powiedzia�a, �e �nieg przesta� pada�. By�a ciekawa, co mi si� przydarzy�o.
      Uzna�em, �e pora stworzy� w�asn� histori�. Im prostsz�, tym lepiej. W porz�dku. Wraca�em po d�ugim pobycie za granic�. Kto� mnie podwi�z�, wszed�em do domu i zosta�em zaatakowany przez jakiego� wandala czy w�amywacza, kt�rego zaskoczy�em. Wyczo�ga�em si� na dw�r i wzywa�em pomocy. Koniec.
      Opowiedzia�em to lekarzowi, niepewny, czy mi uwierzy�. By� pot�nym m�czyzn� o twarzy, kt�ra dawno temu obwis�a i znieruchomia�a. Nazywa� si� Bailey, Morris Bailey. Wys�ucha� mnie kiwaj�c g�ow� i zapyta�:
      - Przyjrza� si� pan temu facetowi?
      Zaprzeczy�em.
      - By�o ciemno - wyja�ni�em.
      - Czy pana okrad�?
      - Nie wiem.
      - Mia� pan portfel?
      Zdecydowa�em, �e na to pytanie lepiej odpowiedzie� twierdz�co.
      - Nie znale�li go przy panu w izbie przyj��, wi�c musia� go ukra��.
      - Musia� - zgodzi�em si�.
      - Czy pan mnie pami�ta?
      - Raczej nie. A powinienem?
      - Wyda� mi si� pan jakby znajomy, kiedy pana przywie�li. Z pocz�tku tylko tyle...
      -I...?
      - W co pan by� ubrany? Wygl�da�o to na rodzaj munduru.
      - Ostatni krzyk mody w Tamtych Stronach. M�wi� pan, �e wyda�em si� znajomy?
      - Owszem - przyzna�. - Nawiasem m�wi�c, gdzie le�� Tamte Strony? Gdzie pan by�?
      - Sporo podr�uj� - odpar�em wymijaj�co. - Przed chwil� chcia� mi pan co� powiedzie�.
      - Tak - potwierdzi�. - Jeste�my niewielk� klinik� i jaki� czas temu pewien wygadany handlarz przekona� dyrekcj�, by zainwestowa�a w komputerowy system ewidencji pacjent�w. Gdyby�my rozbudowali szpital, a ta okolica rozwin�a si� troch� bardziej, by�oby to sensowne. �adna z tych rzeczy nie nast�pi�a, a sprz�t jest raczej kosztowny. Zach�ca wr�cz do pewnej niedba�o�ci ze strony urz�dnik�w. Starych danych si� nie kasuje, jak dawniej bywa�o. Nawet w izbie przyj��. Jest do�� miejsca na ca�� mas� zb�dnych rejestr�w. Dlatego, kiedy pan Roth poda� pa�skie nazwisko, przeprowadzi�em rutynow� kontrol�, znalaz�em co� i zrozumia�em, czemu wygl�da pan znajomo. Tamtej nocy te� mia�em dy�ur, jakie� siedem lat temu, kiedy mia� pan wypadek samochodowy. Zapami�ta�em, jak pana operowa�em i jak zdawa�o mi si�, �e pan nie prze�yje. Zaskoczy� mnie pan jednak, wtedy i teraz. Nie znalaz�em nawet blizn, kt�re przecie� powinny by�y pozosta�. Znakomicie si� wszystko wygoi�o.
      - Dzi�ki. Powiedzia�bym, �e to ho�d dla lekarza.
      - Mog� wiedzie�, ile pan ma lat? Do pa�skiej kartoteki.
      - Trzydzie�ci sze�� - powiedzia�em. To najbezpieczniejszy wiek.
      Zapisa� to na jakiej� karcie w teczce, kt�r� trzyma� na kolanach.
      - Wie pan, przysi�g�bym - skoro ju� sobie przypomnia�em - �e wcale si� pan nie zmieni� przez te lata.
      - Zdrowy tryb �ycia.
      - Zna pan swoj� grup� krwi?
      - Jest do�� egzotyczna. Ale mo�e j� pan traktowa� jak AB dodatni. Mog� przyjmowa� ka�d� krew, ale niech pan nie podaje nikomu mojej.
      Pokiwa� g�ow�.
      - Rodzaj pa�skich obra�e� wymaga zawiadomienia policji.
      - Domy�la�em si� tego.
      - S�dzi�em, �e zechce si� pan nad tym zastanowi�.
      - Dzi�kuj� - powiedzia�em. - Wi�c mia� pan dy�ur tamtej nocy? I to pan mnie po�ata�? Ciekawe. Czy zapami�ta� pan co� jeszcze?
      - To znaczy co?
      - Okoliczno�ci, w jakich tu trafi�em. Moja pami�� to czysta karta od czasu tu� przed wypadkiem a� do chwili, kiedy przebywa�em ju� w innym szpitalu, w Greenwood. Czy pami�ta pan, kto mnie tu przywi�z�?
      Zmarszczy� czo�o akurat w chwili, gdy uzna�em, �e ma jeden wyraz twarzy na wszystkie okazje.
      - Wys�ali�my karetk� - powiedzia�.
      - Kto j� wezwa�? Kto zawiadomi� o wypadku? Jak?
      - Rozumiem, o co panu chodzi - o�wiadczy�. - Karetk� wezwa� patrol policji drogowej. O ile sobie przypominam, kto� zauwa�y� wypadek i zadzwoni� do nich. Przekazali wiadomo�� do najbli�szego radiowozu. Patrol dojecha� nad jezioro, sprawdzi� meldunek, udzieli� panu pierwszej pomocy i wezwa� karetk�. To chyba wszystko.
      - Jakie� dane, kto z�o�y� ten meldunek?
      Wzruszy� ramionami.
      - Na og� nie rejestrujemy takich rzeczy. Czy pa�skie towarzystwo ubezpieczeniowe nie bada�o sprawy? Nie ��da� pan odszkodowania? Mogliby chyba...
      - Musia�em wyjecha� z kraju, gdy tylko wr�ci�em do zdrowia - wyja�ni�em. - Nie zajmowa�em si� t� histori�. S�dz� jednak, �e policja powinna mie� jakie� dane.
      - Jasne. Ale nie mam poj�cia, jak d�ugo je przechowuj� - zachichota�. - Chyba �e trafi� do nich ten sam handlarz. Ale ju� chyba za p�no, �eby co� od nich wyci�gn��. Istniej� jakie� prawne ograniczenia termin�w w takich sprawach. Pa�ski przyjaciel, Roth, powie panu z pewno�ci�...
      - Nie chodzi mi o odszkodowanie - zapewni�em. - Po prostu chcia�bym wiedzie�, co si� sta�o. Zastanawia�em si� nad tym od dobrych paru lat. Wie pan, dozna�em amnezji.
      - Czy pr�bowa� pan porozmawia� o tym z psychiatr�? - zapyta�, a w jego g�osie zabrzmia� jaki� ton, kt�ry mi si� nie spodoba�. Ol�ni� mnie wtedy jeden z rzadkich przeb�ysk�w intuicji: mo�e, zanim trafi�em do Greenwood, Flora za�atwi�a mi papiery psychicznie chorego? Czy pozosta�o to w moich aktach? I czy wci�� by�em traktowany jako uciekinier ze szpitala? Min�o sporo czasu i nie mia�em poj�cia o zastosowanych procedurach prawnych. Gdyby jednak tak by�o, to nie mogli wiedzie�, czy jaki� inny s�d nie uzna� mnie zn�w za zdrowego. Przezorno�� chyba kaza�a mi wychyli� si� i spojrze� na r�k� lekarza - mia�em pod�wiadome wra�enie, �e kiedy sprawdza� mi puls, patrzy� na zegarek z kalendarzem. Owszem, mia� go. Spojrza�em z ukosa. Dobrze, dzie� i miesi�c: 28 listopada. Wykona�em szybkie obliczenia z moim wsp�czynnikiem konwersji dwa i p� i otrzyma�em rok. Rzeczywi�cie, siedem lat, jak m�wi�.
      - Nie, nie pr�bowa�em - odpar�em. - Uzna�em, �e to zaburzenia organiczne, nie funkcjonalne i potraktowa�em te par� tygodni jako strat� nieodwracaln�.
      - Rozumiem - mrukn��. - Do�� swobodnie u�ywa pan fachowych termin�w. To do�� cz�ste u ludzi, kt�rzy si� leczyli.
      - Wiem - o�wiadczy�em. - Du�o czyta�em na ten temat.
      Westchn��. Wsta�.
      - Prosz� pos�ucha� - powiedzia�. - Zatelefonuj� do pana Rotha i dam mu zna�, �e ju� si� pan obudzi�. Tak chyba b�dzie najlepiej.
      - Co pan ma na my�li?
      - To, �e pa�ski przyjaciel jest prawnikiem i mo�e zechce pan z nim om�wi� pewne sprawy, zanim z�o�y pan wyja�nienia dla policji.
      Otworzy� teczk�, w kt�rej zapisa� gdzie� m�j wiek, podni�s� pi�ro, zmarszczy� brwi i zapyta�:
      - A w�a�ciwie, kt�rego dzi� mamy?
      Potrzebowa�em Atut�w. Moje rzeczy powinny by� w szufladzie szafki ko�o ��ka, ale �eby tam si�gn��, musia�bym za bardzo si� wygina�, a nie chcia�em naci�ga� szw�w. Zreszt�, nie by�o to znowu takie pilne. Osiem godzin snu w Amberze to mniej wi�cej dwadzie�cia tutaj, wi�c wszyscy w domu powinni jeszcze za�ywa� spoczynku. Chcia�em si� skontaktowa� z Randomem, �eby ustali� jak�� historyjk� wyja�niaj�c�, dlaczego rano nie b�d� obecny. P�niej.
      Nie mia�em ochoty budzi� podejrze�, szczeg�lnie w takiej chwili. Chcia�em tak�e dowiedzie� si� jak najszybciej, co Brand ma do powiedzenia. Zastanowi�em si�. Gdybym wi�ksz� cz�� rekonwalescencji odby� tutaj, straci�bym w Amberze mniej czasu. Musia�em wyliczy� to dok�adnie, by unikn�� wszelkich komplikacji. Mia�em nadziej�, �e Bill zjawi si� ju� nied�ugo. Nie mog�em si� doczeka� informacji, jak to wszystko wygl�da�o. Bill pochodzi� z tych teren�w, sko�czy� szko�� w Buffalo, wr�ci�, o�eni� si�, wszed� do rodzinnej firmy i to w�a�ciwie wszystko. Zna� mnie jako emerytowanego oficera, kt�ry czasem wyje�d�a� w niezbyt jasnych interesach. Nale�eli�my do tego samego, miejscowego klubu. Tam si� zreszt� poznali�my. Zna�em go ponad rok i przez ten czas zamienili�my najwy�ej par� s��w. A� pewnego wieczoru usiad�em obok niego przy barze i jako� si� wygada�, �e interesuje si� histori� dzia�a� militarnych, zw�aszcza wojnami napoleo�skimi. Kiedy si� ockn�li�my, zamykali ju� lokal. Od tamtej pory byli�my bliskimi przyjaci�mi, a� do chwili, gdy zacz�y si� moje k�opoty. Od czasu do czasu my�la�em o nim. Szczerze m�wi�c, gdy ostatnio odwiedza�em to miejsce, od spotkania powstrzyma�a mnie jedynie my�l, �e z pewno�ci� b�dzie mia� mn�stwo pyta� na temat tego, co si� ze mn� dzia�o. A mia�em wtedy za du�o na g�owie, �eby g�adko z tego wybrn�� i jeszcze czu� si� w miar� swobodnie. Raz czy dwa postanawia�em nawet wr�ci� i z�o�y� mu wizyt�, gdy tylko b�d� m�g�, a sprawy w Amberze troch� si� uspokoj�. Niestety, to jeszcze nie nast�pi�o. Teraz �a�owa�em, �e nie mo�emy si� spotka� w przyjemniejszym miejscu, najlepiej w sali klubowej.
      Zjawi� si� po godzinie: niewysoki, kr�py, rumiany, troch� siwiej�cy na skroniach, u�miechni�ty i dobroduszny. Zd��y�em ju� usi��� na ��ku i spr�bowa� kilku g��bokich oddech�w, kt�re jednak okaza�y si� nieco przedwczesne. U�cisn�� mi r�k� i przysun�� krzes�o.
      Mia� ze sob� neseser.
      - Ostatniej nocy, Carl, �miertelnie mnie przestraszy�e�. My�la�em, �e widz� ducha.
      Przytakn��em.
      - Jeszcze troch�, a wcale by� si� nie myli� - stwierdzi�em. - Dzi�kuj� ci. Co s�ycha�?
      - Mn�stwo roboty - westchn�� Bill. - Sam wiesz. To samo, co zawsze, tylko wi�cej.
      - Jak Alice?
      - �wietnie. Mamy dw�jk� nowych wnuk�w - bli�niaki Billa juniora. Zaczekaj chwil�. Wyci�gn�� portfel i wyj�� zdj�cie.
      - Sp�jrz.
      Przyjrza�em si�, zauwa�y�em rodzinne podobie�stwo.
      - Trudno uwierzy� - stwierdzi�em.
      - Nie zmieni�e� si� prawie przez te lata.
      Za�mia�em si� i dotkn��em brzucha.
      - Tego nie licz� - zaznaczy�. - Gdzie by�e�?
      - Bo�e! Gdzie ja nie by�em! W tylu miejscach, �e straci�em rachub�.
      Jego twarz pozosta�a nieruchoma. Spojrza� mi w oczy.
      - Carl, masz k�opoty?
      - Je�li pytasz o k�opoty z policj�, to odpowied� brzmi: nie. Moje problemy dotycz� innego kraju, do kt�rego b�d� musia� wkr�tce wr�ci�.
      Odpr�y� si� wyra�nie i jego oczy b�ysn�y zza dwuogniskowych szkie�.
      - Jeste� tam jakim� doradc� wojskowym?
      Przytakn��em.
      - Mo�esz powiedzie�, gdzie?
      Pokr�ci�em g�ow�.
      - Przykro mi.
      - Rozumiem - zapewni�. - Doktor Bailey powt�rzy� mi, co mu opowiedzia�e� o wczorajszej nocy. Zupe�nie prywatnie: czy mia�o to jaki� zwi�zek z twoim obecnym zaj�ciem?
      Przytakn��em znowu.
      - To wyja�nia spraw� - stwierdzi�. - Nie do ko�ca, ale w wystarczaj�cym stopniu. Nie b�d� pyta�, kto ci� tam wys�a�, ani nawet, czy w og�le kto� ci� wysy�a�. Zawsze zna�em ci� jako gentlemana i cz�owieka rozs�dnego. W�a�nie dlatego, kiedy znikn��e�, przeprowadzi�em ma�e dochodzenie. Czu�em si� troch� jak natr�t i mia�em wyrzuty sumienia. Ale tw�j status prawny by� do�� niezwyk�y i chcia�em wiedzie�, co si� sta�o. G��wnie dlatego, �e si� o ciebie martwi�em. Mam nadziej�, �e nie b�dziesz na mnie z�y.
      - Z�y? Niewielu ludzi obchodzi, co si� ze mn� dzieje. Jestem wdzi�czny. A tak�e ciekawy, co wykry�e�. Nie mia�em czasu zaj�� si� tym wszystkim, wiesz, za�atwi� spraw do ko�ca. Mo�e mi opowiesz, czego si� dowiedzia�e�?
      Otworzy� neseser i wyj�� br�zow� kartonow� teczk�. Po�o�y� j� na kolanach i wyci�gn�� kilka kartek ��tego papieru, pokrytego r�wnym, r�cznym pismem. Podni�s� do oczu pierwsz� z nich, przygl�da� si� przez chwil� i zacz�� m�wi�:
      - Kiedy uciek�e� ze szpitala w Albany i mia�e� wypadek, Brandon najwyra�niej usun�� si� ze sceny...
      - Stop! - zawo�a�em unosz�c r�k� i pr�buj�c usi��� prosto.
      - Co si� sta�o? - zapyta�.
      - Pomyli�e� kolejno�� i miejsce zdarze� - wyja�ni�em. - Wypadek by� pierwszy, a Greenwood nie jest w Albany.
      - Wiem. M�wi�em o Sanatorium Portera, gdzie sp�dzi�e� dwie doby, po czym uciek�e�. Wypadek zdarzy� si� tego samego dnia i w rezultacie trafi�e� tutaj. Potem zjawi�a si� twoja siostra, Evelyn. Przenios�a ci� do Greenwood, gdzie przele�a�e� kilka tygodni, nim ich opu�ci�e�, znowu sam o tym decyduj�c. Zgadza si�?
      - Cz�ciowo - odpar�em. - Konkretnie: w ostatniej cz�ci. M�wi�em ju� lekarzowi, �e brakuje mi w pami�ci paru dni poprzedzaj�cych wypadek. Albany istotnie z czym� mi si� kojarzy, ale bardzo s�abo. Masz co� wi�cej na ten temat?
      - Jasne - o�wiadczy�. - Mo�e nawet ma to zwi�zek ze stanem twojej pami�ci. Wsadzili ci� tam z wyroku s�du...
      - Kto?
      Wyg�adzi� kartk� papieru.
      - Brat, Brandon Corey; lekarz prowadz�cy, Hillary B. Rand - przeczyta�. - Kojarzysz co�?
      - Ca�kiem mo�liwe. M�w dalej.
      - Wyrok zosta� wydany na podstawie ich o�wiadcze�. Zosta�e� rozpoznany, zatrzymany i przetransportowany. Teraz co�, co wi��e si� z pami�ci�...
      - Tak?
      - Nie znam si� na tym i nie wiem, jakie wywiera skutki, ale u Portera poddano ci� terapii elektrowstrz�s�w. Potem, jak ju� powiedzia�em, z akt wynika, �e uciek�e� drugiego dnia. Najwyra�niej z jakiej� nieznanej kryj�wki wyci�gn��e� sw�j samoch�d i w�a�nie jecha�e� z powrotem, gdy przytrafi� ci si� wypadek.
      - To by si� zgadza�o - stwierdzi�em. - Rzeczywi�cie.
      Kiedy zacz�� opowiada�, przez chwil� mia�em szale�cze wra�enie, �e trafi�em do niew�a�ciwego Cienia, gdzie wszystko jest podobne, ale nie identyczne. Teraz ju� w to nie wierzy�em. Jego opowie�� nabiera�a sensu.
      - Wracaj�c teraz do wyroku - kontynuowa�. - By� oparty na fa�szywych zeznaniach, chocia� wtedy s�d nie m�g� o tym wiedzie�. Kiedy to wszystko si� sta�o, prawdziwy doktor Rand przebywa� w Anglii, a kiedy p�niej si� z nim skontaktowa�em, okaza�o si�, �e nigdy o tobie nie s�ysza�. Jednak podczas jego nieobecno�ci kto� si� w�ama� do gabinetu. Nawiasem m�wi�c, co jest do�� ciekawe, drugie imi� doktora nie zaczyna si� na B. Nie s�ysza� te� o Brandonie Coreyu.
      - A co si� sta�o z Brandonem?
      - Po prostu znikn��. Kilkakrotnie pr�bowano go zawiadomi� o twojej ucieczce, ale nie mo�na go by�o znale��. Potem mia�e� wypadek, przywie�li ci� tutaj i pozszywali. Tymczasem zatelefonowa�a jaka� kobieta, przedstawiaj�ca si� jako Evelyn Flaumel, twoja siostra. O�wiadczy�a, �e jeste� zwolniony warunkowo i �e rodzina chce ci� przenie�� do Greenwood. Pod nieobecno�� Brandona, wyznaczonego na twojego opiekuna, zastosowano si� do jej polece�, jako jedynego dost�pnego krewnego. I tak zosta�e� odes�any. Uciek�e� znowu, kilka tygodni p�niej. Na tym ko�czy si� m�j rejestr.
      - A jak wygl�da moja obecna sytuacja prawna? - spyta�em.
      - Jest w najlepszym porz�dku. Po rozmowie ze mn�, doktor Rand zjawi� si� w s�dzie i z�o�y� wyja�nienia. Wyrok zosta� uchylony.
      - Wi�c dlaczego lekarz traktowa� mnie jak czubka?
      - O, rany! Nie przysz�o mi to do g�owy. Przecie�. W ich kartotece nada� figurujesz jako pacjent szpitala psychiatrycznego. Pogadam z nim wychodz�c. Mam przy sobie odpis wyroku. Mog� mu pokaza�.
      - Ile czasu min�o mi�dzy ucieczk� z Greenwood a wyja�nieniem sprawy w s�dzie?
      - Prawie miesi�c. Dopiero po dw�ch tygodniach przekona�em sam siebie, �e powinienem by� w�cibski.
      - Nie masz poj�cia, jaki jestem szcz�liwy, �e si� mn� zaj��e� - zapewni�em go. - Udzieli�e� mi kilku informacji, kt�re oka�� si� pewnie niezwykle istotne.
      - Przyjemnie jest czasem pom�c przyjacielowi - odpowiedzia�, zamykaj�c teczk� i chowaj�c j� w neseserze. - Jeszcze jedno... kiedy to wszystko si� sko�czy... to, czym si� teraz zajmujesz, i b�dziesz m�g� o tym m�wi�, chcia�bym pozna� ca�� histori�.
      - Nie mog� ci tego obieca�.
      - Wiem. Po prostu pomy�la�em, �e o tym wspomn�. Przy okazji, co chcesz zrobi� z domem?
      - Jest m�j? Jestem jeszcze w�a�cicielem?
      - Tak, ale je�li nic nie zrobisz, to w tym roku sprzedadz� go na zaleg�e podatki.
      - Dziwi� si�, �e jeszcze tego nie zrobili.
      - Upowa�ni�e� bank do p�acenia swoich nale�no�ci.
      - Zupe�nie zapomnia�em. My�la�em wtedy o sta�ych p�atno�ciach i jakich� rachunkach. Takie drobiazgi.
      - W ka�dym razie konto jest niemal puste - stwierdzi�. - By�em u nich przedwczoraj i rozmawia�em z McNallym. Je�li czego� nie zdecydujesz, dom p�jdzie na sprzeda� najdalej w przysz�ym roku.
      - Nie jest mi ju� potrzebny - o�wiadczy�em. - Mog� z nim zrobi�, co zechc�.
      - Wi�c mo�e lepiej sam go sprzedaj. Dostaniesz przynajmniej troch� pieni�dzy.
      - Nie mam na to czasu.
      - Zajm� si� tym. Przeka�� pieni�dze, gdzie tylko zechcesz.
      - No dobra - zdecydowa�em. - Podpisz�, co b�dzie trzeba. Zap�a� z tego m�j rachunek za szpital, a reszt� sobie zatrzymaj.
      - Na to nie mog� si� zgodzi�.
      Wzruszy�em ramionami.
      - Wi�c zr�b, co uznasz za stosowne, ale nie zapomnij pobra� solidnego honorarium.
      - Wp�ac� reszt� na twoje konto.
      - Jak chcesz. Dzi�ki. Przy okazji, zanim zapomn�, m�g�by� zajrze� do szuflady w tej szafce i sprawdzi�, czy nie ma tam talii kart? Nie bardzo mog� tam si�gn��, a b�d� mi potrzebne.
      Wysun�� szuflad�.
      - Du�a, br�zowa koperta - oznajmi�. - Dosy� wypchana. Pewnie wsadzili do niej wszystko, co mia�e� w kieszeniach.
      - Otw�rz j�.
      - Tak, jest tu talia kart - stwierdzi�, wsuwaj�c d�o� do �rodka. - Ojej! Jaki pi�kny futera�! Mog�?
      - No... - co mog�em powiedzie�.
      Odsun�� pokryw�.
      - Wspania�e - mrukn��. - Chyba do tarota... Czy s� zabytkowe?
      - Tak.
      - Zimne jak l�d... Nigdy w �yciu takich nie widzia�em. O, to ty! Ubrany jak jaki� rycerz! Do czego s�u��?
      - Do bardzo skomplikowanej gry.
      - Sk�d m�g� si� wzi�� tw�j portret, je�li s� zabytkowe?
      - Nie powiedzia�em, �e to ja. To ty powiedzia�e�.
      - A tak, rzeczywi�cie. Jaki� tw�j przodek?
      - Co� w tym rodzaju.
      - Znakomita babka! Ale ta ruda te� �wietna...
      - S�dz�...
      Z�o�y� karty, wsun�� je do futera�u i poda� mi.
      - Jednoro�ec te� bardzo pi�kny - doda�. - Nie powinienem ich ogl�da�, prawda?
      - Nie ma sprawy.
      Westchn�� i opar� si� wygodnie, splataj�c r�ce za g�ow�.
      - Nie mog�em si� powstrzyma� - wyja�ni�. - Widzisz, Carl, jest w tobie co� tajemniczego, co nie wi��e si� z t� tajn� misj�, jak� realizujesz. A tajemnice bardzo mnie intryguj�. Nigdy dot�d nie znalaz�em si� tak blisko prawdziwej zagadki.
      - Wszystko dlatego, �e wpad�a ci w r�k� zimna talia kart do tarota?
      - Nie, ona tylko dope�ni�a atmosfery - odpar�. - Widzisz, twoje zaj�cia przez te wszystkie lata to, oczywi�cie, nie m�j interes, ale zdarzy�o si� co�, czego nie potrafi� poj��.
      - Co takiego?
      - Kiedy zostawi�em ci� tutaj, a potem zawioz�em Alice do domu, wr�ci�em do ciebie w nadziei, �e mo�e znajd� jakie� �lady, �nieg przesta� pada�, cho� wkr�tce potem zacz�� na nowo, wi�c twoje �lady by�y wyra�nie widoczne. Obchodzi�y dom dooko�a i schodzi�y do szosy.
      Przytakn��em.
      - Ale nie by�o �lad�w wej�cia. Nic nie wskazywa�o, �e wr�ci�e�. Nie by�o te� �lad�w ucieczki napastnika.
      Parskn��em.
      - My�lisz, �e sam si� porani�em?
      - Nie, oczywi�cie, �e nie. Nie znalaz�em zreszt� �adnej broni. Poszed�em za �ladami krwi do sypialni, a� do ��ka. Mia�em tylko latark�, ale zobaczy�em do��, �eby si� poczu� troch� nieswojo. Wydawa�o si�, �e po prostu zjawi�e� si� nagle na ��ku, potem wsta�e� i wydosta�e� si� na zewn�trz.
      - To, naturalnie, niemo�liwe.
      - Zastanawia mnie jednak brak �lad�w.
      - Pewnie wiatr zasypa� je �niegiem.
      - A innych nie? - pokr�ci� g�ow�. - Nie, nie przypuszczam. Zapami�taj tylko, �e to tak�e mnie interesuje. Na wypadek, gdyby� zdecydowa� si� kiedy� o wszystkim opowiedzie�.
      - B�d� pami�ta� - obieca�em.
      - Tak - mrukn��. - Zastanawiam si� jednak... Mam dziwne wra�enie, �e mog� ci� wi�cej nie zobaczy�. Jakbym by� jedn� z tych ubocznych postaci melodramatu, kt�re znikaj� ze sceny i nie wiedz� nawet, jak wszystko si� sko�czy�o.
      - Rozumiem twoje uczucia - zapewni�em. - Osobi�cie dosta�em tak� rol�, �e mam czasem ochot� udusi� autora. Ale sp�jrz na to z innej strony: prawdziwe historie rzadko spe�niaj� oczekiwania. Zwykle s� to nieprzyjemne drobiazgi, a kiedy wszystko si� wyja�nia, pozostaj� tylko najbardziej przyziemne motywy. Hipotezy i iluzje to cz�sto lepszy towar.
      - M�wisz to samo, co zawsze - u�miechn�� si� Bill. - Ale pami�tam przypadki, gdy kusi�a ci� prawda. Wiele razy...
      - Jak zdo�a�e� przej�� od braku �lad�w do mojej osoby? - zdziwi�em si�. - W�a�nie mia�em ci powiedzie�, �e sobie przypominam, jak wszed�em do domu t� sam� drog�, kt�r� wyszed�em. I to pewnie zatar�o wcze�niejsze �lady.
      - Nie�le - przyzna�. - A tw�j napastnik te� szed� t� sam� tras�?
      - Zapewne.
      - Znakomicie - pochwali�. - Wiesz, jak budzi� uzasadnione w�tpliwo�ci. Nadal jednak uwa�am, �e wi�kszo�� dowod�w sugeruje co� niesamowitego.
      - Niesamowitego? Nie, raczej niezwyk�ego. To tylko kwestia interpretacji.
      - Albo semantyki. Widzia�e� policyjny raport z twojego wypadku?
      - Nie. A ty?
      - Uhm. A je�li by� on bardziej ni� niezwyk�y? Przyznasz wtedy, �e mia�em racj� u�ywaj�c s�owa: "niesamowity"?
      - Zgoda.
      - ... I odpowiesz mi na jedno pytanie?
      - Nie wiem...
      - Prosta odpowied�, tak lub nie. Nic wi�cej.
      - No dobrze, umowa stoi. Czego si� dowiedzia�e�?
      - Wed�ug raportu, otrzymali meldunek i wys�ali radiow�z na miejsce wypadku. Spotkali tam dziwnie ubranego cz�owieka, kt�ry udziela� ci pierwszej pomocy. O�wiadczy�, �e wyci�gn�� ci� z wraku samochodu, kt�ry wpad� do jeziora. Chyba m�wi� prawd�, bo sam te� ocieka� wod�. �redniego wzrostu, szczup�ej budowy, rudow�osy. Mia� na sobie zielony kostium, kt�ry wygl�da�, wed�ug s��w jednego z policjant�w, jakby pochodzi� z filmu o Robin Hoodzie. Odm�wi� podania nazwiska, p�j�cia na komisariat i z�o�enia jakichkolwiek zezna�. Kiedy nalegali, gwizdn��, a wtedy podbieg� truchtem bia�y ko�. Facet wskoczy� na siod�o i odjecha�. Wi�cej go nie widziano.
      Wybuchn��em �miechem. To bola�o, ale nie mog�em si� powstrzyma�.
      - Niech mnie diabli! - wykrztusi�em. - Sprawy zaczynaj� nabiera� sensu.
      Bill przygl�da� mi si� ze zdumieniem.
      - Naprawd�? - spyta� niedowierzaj�co.
      - Tak, chyba tak. Warto by�o da� si� d�gn�� i wr�ci� tutaj po to, czego si� dzisiaj dowiedzia�em.
      - Wymieni�e� te dwie sprawy w niezwyk�ym porz�dku - zauwa�y�, pocieraj�c d�oni� podbr�dek.
      - Tak, zgadza si�. Ale zaczynam w�a�nie dostrzega� ten porz�dek tam, gdzie wcze�niej go nie widzia�em. Mimowolne wyznanie nie jest wysok� cen�.
      - Wszystko z powodu tego faceta na bia�ym koniu?
      - Cz�ciowo, cz�ciowo... Bill, nied�ugo b�d� musia� wyjecha�.
      - Jeszcze przez d�u�szy czas nigdzie nie pojedziesz.
      - Wszystko jedno. Te papiery, o kt�rych m�wi�e�... lepiej podpisz� je dzisiaj.
      - Jak chcesz. Dostarcz� je po po�udniu. Ale nie chcia�bym, �eby� zrobi� co� nierozs�dnego.
      - Z ka�d� chwil� jestem bardziej ostro�ny - zapewni�em go. - Mo�esz mi wierzy�.
      - Mam nadziej� - westchn��. Zatrzasn�� neseser i wsta�. - Odpoczywaj teraz. Wyja�ni�, co trzeba, lekarzowi, a dokumenty pode�l� ci jeszcze dzisiaj.
      - Jeszcze raz: dzi�ki.
      U�cisn��em mu r�k�.
      - Przy okazji - zatrzyma� si�. - Zgodzi�e� si� odpowiedzie� na jedno pytanie.
      - Obieca�em, to prawda. O co chodzi?
      - Czy jeste� cz�owiekiem? - zapyta�, wci�� �ciskaj�c mi d�o�, bez �adnego szczeg�lnego wyrazu twarzy.
      Spr�bowa�em si� roze�mia�, ale zrezygnowa�em.
      - Nie wiem. Ja... chcia�bym w to wierzy�. Ale naprawd�... Oczywi�cie, �e jestem! To g�upie... Do diab�a! Pytasz powa�nie, prawda? Obieca�em, �e odpowiem uczciwie... - przygryz�em warg� i zastanowi�em si�. - Nie s�dz� - powiedzia�em w ko�cu.
      - Ja te� nie - oznajmi� z u�miechem. - Dla mnie to �adna r�nica, ale pomy�la�em, �e mo�e dla ciebie... kiedy si� dowiesz, �e kto� wie, �e jeste� inny, i wcale mu to nie przeszkadza.
      - O tym tak�e b�d� pami�ta�.
      - No c�... Jeszcze si� zobaczymy.
      - Mam nadziej�.



Strona g��wna     Indeks